Wstęp

„I o to chodzi jedynie, by naprzód wciąż iść śmiało, bo zawsze się dochodzi, gdzie indziej niż się chciało” Leopold Staff

wyrazy
• 
Uzdrawiająca rozmowa

• Uwalnianie emocji

W życiu stawiam na jakość. W to czym się zajmuję wkładam całe serce, uwagę i energię, by mieć poczucie spokoju i satysfakcję z tego co robię.

• Terapia manualna
• 
Refleksoterapia stóp

Lubię poszerzać świadomość: ciała, uczuć, myśli, duszy. Lubię integrować ciało, uczucia, myśli, duszę, ludzi, świat …


• Zmysły szeroko otwarte
• 
Masaż Kaszmirski

Dążę do bycia artystą, a nie rzemieślnikiem. Uprawiam sztukę za każdym razem, gdy spotykam się z drugim człowiekiem

• Obrazy
• 
Dossier

Wszystko to robię przede wszystkim dla siebie. Dla przyjemności wzrastania i dla przyjemności dzielenia się.

 

Życie to rytm

Moje życie – mój rytm. Oczywiście mógłbym teraz szukać sposobów na to jak ten rytm znaleźć, szukać jakiś metod, ćwiczeń, (nawet wiem, że są całe systemy na ten temat, np TaKeTiNa). Można się zapisać na zajęcia z rytmiki albo na naukę gry na bębnach.

Dlaczego jednak miałoby to być ważne, żeby żyć w zgodzie z własnym rytmem?
Zainspirował mnie film znaleziony na YT, w którym pokazano, jak ludzie żyjący w afrykańskich plemionach żyją i pracują w rytmie. Czy to pranie, czy ubijanie czegoś kijami, albo kucie stali w dwóch czy trzech, rytm sprawiał, że ta praca była bardziej efektywna, albo w ogóle możliwa. Pomyślałem wtedy, że to ma sens i że życie w zgodzie z własnym rytmem może być bardziej efektywne, bardziej twórcze. Myślę też sobie, że może być łatwiejsze, mniej męczące i zdrowsze. Kiedy pracuję się w rytmie, mniej się zużywam, mniej męczę.

Zdałem sobie wkrótce sprawę z tego, że znalezienie własnego rytmu może być łatwiejsze niż mogłoby się wydawać. Na początek wystarczy bowiem znaleźć w swoim życiu rytm w ogóle. Chociażby wstawanie o tej samej porze jest już nadaniem rytmu. Potem posiłki i czas na relaks. Potem stałe zajęcia w tygodniu. Wszystko to kiedy jest przypadkowe i niesystematyczne wytrąca z rytmu i zaburza pewną równowagę. Potem kolej na szukanie rytmu w pracy, a potem w pojedynczych zadaniach. Najpierw jednak podstawowe kwestie, takie jak jedzenie i spanie. Potem już samo pójdzie. Chyba🙂

Bardzo czy strasznie?

Wyraz „bardzo” służy do podkreślenia przymiotnika i czasownika, jego wzmocnienia. Mówi się np: bardzo duży, bardzo ładny, bardzo cię lubię.

Skąd zatem wziął się pomysł żeby mówić, że coś jest strasznie ładne, albo,że strasznie cię lubię, skoro nie ma w tym niczego powodującego strach?

Nie wiem, ale wiem, że słowa mają znaczenie i że warto używać ich świadomie. Jeśli więc moją intencją nie jest straszenie nikogo ani siebie, to będę używał słowa bardzo, nawet jeśli dotyczy to tego, ze jest bardzo gorąco, albo bardzo zimno.

Nic się nie zadziewa, nic się nie zadziało i nic się nie zadzieje.

Zadziać oznacza zapodziać, zagubić, zgubić. Kiedy więc mówimy że coś nam się zadzieje, to na podświadomym poziomie możliwe jest zgubienie tego o czym mowa. Pamiętajmy, że słowo, to tylko pewien opis energii dotyczącej czegoś konkretnego. Kiedy wypowiadamy słowo, to przywołujemy przypisaną mu energię. I nawet, jeśli w mowie potocznej, niedbałej używamy jakiegoś słowa i nie mamy przy tym świadomości jego wcześniejszego znaczenia, to i tak, przywołujemy zapisane do tego słowa energie. Potem dziwimy się rezultatom naszych wypowiedzi, zapominając, że najpierw jest myśl, potem słowo, a potem materializacja na poziomie fizycznym. A wszystko to jest energią mniej lub bardziej zagęszczoną. I nie ma znaczenia, czy mamy świadomość wypowiadanych słów czy też nie.

Dlatego zamiast powyższego lepiej używać słów: stało się, staje się, stanie się, wydarza się, albo wydarzy, albo wydarzyło się. Czasem też coś się po prostu dzieje.

Łuszczyca – konflikt rozłąki, czy konflikt relacji? Biologia Totalna

W biologii totalnej, kkiedy mamy do czynienia z symptomem, szukamy konfliktu emocjonalnego – sytuacji bez wyjścia w danym momencie. Kiedy szukamy konfliktu rozłąki, szukamy osoby, z którą tej rozłąki doświadczyliśmy. Zastanawiamy się kto nas opuścił, kiedy, dlaczego, a potem szukamy emocji na różnych poziomach. Które z nich przeżyliśmy świadomie, a co umknęło naszej świadomości i wyraża się teraz poprzez ciało. W przypadku łuszczycy, szuka się konfliktu w fazie aktywnej i w fazie naprawczej, albo przynajmniej dwóch konfliktów nakładających się na siebie. Rozłąka albo powoduje ból tęsknoty, albo ulgę od doświadczanej niewygody. Jednak zawsze skupiamy się na osobie, która odeszła, albo od której odeszliśmy. Tzn szukamy tej osoby.
Tym czasem warto rozejrzeć się dookoła. Popatrzeć z innej perspektywy. Co dzieje się w związku z rozłąką, oprócz tego, że ktoś zniknął z naszego życia?
W jakiej sytuacji się znajdujemy? W jakim otoczeniu? Jak to otoczenie zmienia się w związku z odejściem kogoś. W jakich relacjach zostajemy i jak te relacje zmieniają się po odejściu kogoś? Z kim zostajemy? Jak zmienia się ta relacja? To ważne pytania, ponieważ bólu rozłąki zwykle jesteśmy świadomi. jeśli interesujemy się tematem, to odkryjemy złość, poczucie winy, żal i inne uczucia związane z osobą, która odeszła. Łatwo w tych emocjach pominąć uczucia, które pojawiają się w nas wobec sytuacji i osób, z którymi zostajemy. Inny ważny kierunek, to tożsamość, która czasem podczas rozłąki też się zmienia. (Łuszczyca głowy i okolic odbytu). Kiedy odchodzą rodzice, dziecko przestaje być dzieckiem swoich rodziców, a staje się sierotą. Przeżywa tęsknotę za byciem dzieckiem, a jednocześnie zyskuje nową tożsamość osoby porzuconej, sieroty, której to tożsamości nie chce. I oto podwójny konflikt:
1. Chcę być znów dzieckiem swoich rodziców, ale nic z tym nie mogę zrobić
2. Nie chcę być sierotą, ale nic z tym nie mogę zrobić.
Przykład ten pokazuje coś jeszcze: rozłąka była co prawda traumą. Ma ona jednak swój początek, a potem zanika. Tym czasem nowa rola, nowa relacja trwa i może okazać się trudna i sama może powodować konflikt.
Przykład:
Kiedy od rodziny odchodzi ojciec, dziecko przeżywa rozłąkę z ojcem. Najpierw tęskni, potem przeżywa złość i inne uczucia. Załóżmy, że nadarzyła się okazja do rozmowy w cztery oczy i sprawy zostały wyjaśnione i relacja przestała być zfrustrowana. Co się jednak przy tej okazji stało wokoło? Dziecko znalazło się w nowej relacji z matką. Przestało być dzieckiem, a stało się mężczyzną, jedynym w domu, co przyniosło nowe obowiązki i nowe oczekiwania. O ile brak ojca mógł spowodować poczucie większej wolności, to jednak nowe oczekiwania i obowiązki już nie są mile widziane. Sytuacja robi się napięta. Dziecko wolałby może pozostać dzieckiem, albo pozostać wolne, ale nowa rola nie przypadła mu do gustu. Jest jednak bez wyjścia, co powoduje konflikt, który na poziomie ciała może zostać rozwiązany wytworzeniem skorupy jaką daje łuszczyca, celem obrony swoich granic. (łokcie świetnie nadają się do rozpychania i utrzymywania granic). Głowa zaś i okolice odbytu to symbol tożsamości, która w tych okolicznościach stała się niejasna, albo wręcz zagubiona. Relacja jest trudna: matka bowiem nie jest partnerką, choć tak to wygląda i nie jest na równi z synem. Matka karmi, daje poczucie bezpieczeństwa, dach nad głową, ubranie itp, ale jednocześnie stawia warunki, wymaga, stawia granice i jest niedostępna uczuciowo. Do tego traktuje swoje dziecko jak swoją własność, co często podkreśla. Taki stan trwa kilka lat. Tę opowieść można by przerwać w tym momencie, bo konflikt jest już widoczny i łatwo poczuć frustrację jaką odczuwa się w takiej sytuacji. Bliskość, choć pożądana – boli, gdyż powiązana jest z ranieniem. Ranienie w tym przypadku, to traktowanie syna jak własność, nie respektowanie granic i niejasna rola. Skorupka z pewnością się przyda.
To jednak nie koniec tej historii, ponieważ relacja z matką, jest pierwszą relacją z kobietą i traktowana jest jako wzorzec. A zatem będzie teraz powielana przy każdej bliskiej relacji z kobietą.
Zobaczmy jak ten wzorzec teraz wygląda: [Syn w relacji z matką walczy o swoją tożsamość.W końcu to on powinien być tym, który rządzi w  domu. Nie ma więc zgody na spełnianie oczekiwań swojej matki, co rzecz jasna rodzi mnóstwo konfliktów. Jednocześnie, uczy się, że gdyby spełniał te oczekiwania, relacja przebiegałaby łagodnie i żyli by sobie w zgodzie. Syn jednak nie ma ochoty spędzić życia z matką i czeka na moment, kiedy będzie mógł się wynieść, żeby zacząć w końcu być sobą. Gdy spotyka kobietę, z którą chce być w dobrej i bliskiej relacji zaczyna od spełniania jej oczekiwań, chce się jej przypodobać i być lepszy niż jest. Na początku jest super, ale za jakiś czas, czuje, że zatraca siebie, że jest cały dla niej, ale nie ma go dla siebie. Powstaje konflikt: albo jestem dla niej, albo jestem dla siebie. Gdy zaczyna myśleć o sobie, zmienia swoje zachowanie, a to nie podoba się kobiecie, która zdążyła się już przyzwyczaić do tego, że to ona stawia granice i wyznacza kierunek. To powoduje konflikt, a w konsekwencji rozstanie. Na początku on oszukał siebie i ją. Potem to już tylko rezultat.] Kobieta będzie samodzielna, wymagająca i trudno dostępna emocjonalnie. Będzie stawiała granice daleko od siebie. Mężczyzna, będzie starał się „zasłużyć na miłość”, szukając sposobu dotarcia i zaskarbienia sobie choćby odrobiny uwagi. Traci przy tym swoją tożsamość, bo nie może się zachowywać w swoim mniemaniu po swojemu, tylko chce się dostosować do partnerki. Dąży do bliskości, ale ta bliskość go rani i zatraca się w roli zamiast być sobą. Syn wie, że sposobem na rozwiązanie konfliktu będzie wyprowadzenie się z domu. Wie, że to kwestia czasu, bo podejmuje szereg różnych działań w tym temacie. Angażując się w relację z kobietą, wie zatem, że gdy zacznie się czuć w niej źle, wyjściem będzie wyprowadzka. Potrzeba bliskości jest silna, ale bliskość boli. Zawsze można uciec, ale przecież nie o to chodzi. Oto konflikt. Skorupka przydaje się więc w dalszym ciągu. I tak przez lata.
Bonus: W razie problemu w bliskości zawsze można wrócić do siebie, do swojego domu, swojej tożsamości, swojego gniazdka. Trochę się to staje trudniejsze, gdy zaprosimy kobietę do swojego domu. Trzeb by jej wtedy powiedzieć, że ma się wynieść, ale nie mamy takiego wzorca i nie wiemy czy to się uda. Lepiej więc nie ryzykować i nie budować sobie domu.

2015r

Wniosek dodatkowy: tożsamość jest na zewnątrz nas

Ludzie – Kwiaty

Zapach łąki, roślinność, szum wiatru i odgłosy owadów. To wszystko wzbudza zachwyt. Jednak zerwane do wazonu kwiaty dość szybko więdną i tracą cały wdzięk. Przestają zachwycać. Być może przez chwilę dodają uroku nowemu dla nich miejscu, ale nie jest to ich naturalne środowisko i tym samym skazujemy je na śmierć. Ich miejsce jest na łące, pośród innych kwiatów i pozostałej roślinności. Potrzebują wiatru, słońca, deszczu… I tam także trzeba się nimi zachwycać, nie w wazonie. Potrzebujemy wyjść na łąkę, z wielu powodów jest to bardziej korzystne i potrzebne. Podobnie jak z kwiatami jest z ludźmi.

Witam, chyba najsłabsze powitanie jakie słyszałem.

Mi osobiście kojarzy się z „wy tam!” czyli taka forma bez płci, bez szacunku, z wyzszością, traktująca mnie z góry. No już zwrot „witam serdecznie” w tym układzie jest bardzo słabe delikatnie mówiąc. Mamy choćby nasze „dzień dobry” i zupełnie nie rozumiem, w czym jest problem, żeby tego zwrotu używać. Można też powiedzie dobry wieczór i też jest świetnie. Owszem, nie mamy takiej tradycji, żeby pozdrawiać się z miłością, albo z Boskością, jak jest np w powitaniach Namaste i Aloha, ale przynajmniej są jakieś życzenia czegoś dobrego, dobrego dnia i nocy. Można też użyć zwrotu: dobrego popołudnia, albo dobrego poranka, albo miłego dnia.
Do widzenia🙂

O tym gdzie mieć pracę

Dialog w gabinecie podczas zabiegu terapii manualnej. Jesteśmy po odblokowaniu kręgów piersiowych i podczas uwalniania napięcia z napiętych barków
– ma pani bardzo napięte braki, jakby przytłaczał panią nadmiar obowiązków w pracy albo w domu
– to się zgadza, wie pan, dużo pracy, obowiązków, ciągłe wymagania, ale biorę to na klatę
– zauważyłem, stąd się wzięły zablokowania w odcinku piersiowym. Może więc lepiej nie brać pracy na klatę i nie nieść tego na barkach
– ojej, faktycznie, to może powinnam mieć ją w …
– od razu uprzedzam, że ani w nosie ani w dupie, każde rozwiązanie odbije się na tych częściach ciała
– no to ja sama nie wiem, to gdzie ją mieć?
– muszę chwilę pomyśleć, dawno nie pracowałem
po chwili
– wiem! pracę trzeba mieć – w pracy! Niech pani ją tam zostawia gdy pani wychodzi z biura.

O wstrzymywaniu

Życie jest nieustannym ruchem. Nic nie stoi w miejscu. Ziemia pędzi z ogromną prędkością. Wszystko się rusza, a więc i zmienia. Zmienia się nie tylko miejsce ale i relacje względem poruszających się obiektów. Równowaga, do której dąży wszechświat a w min każdy jego składnik to również nieustający ruch. Coś jak wahadło, które raz wychyla się w lewo a raz w prawo. W takich okolicznościach każda próba zatrzymania czegokolwiek zaburza równowagę i powoduje problem. Próby wstrzymywania dotyczą każdego aspektu naszego istnienia. Problemy ze zdrowiem, kłótnie w związkach, kłopoty ekonomiczne są wynikiem stawiania oporu wszechświatowi. Trzeba jednak zrozumieć, że nie sposób zatrzymać wszechświata. Takie próby zawsze skończą się klęską. Po co wiec próbujemy? Najogólniej – ze strachu. Boimy się utraty poczucia bezpieczeństwa, utraty tożsamości i tego wszystkiego co już mamy, choć często wiemy, że zmiana niesie ze sobą wiele korzyści. Ba, wiemy też, że zmiana jest nieunikniona, a jej wstrzymywanie może nam poważnie zaszkodzić. Paradoks polega na tym, że w ciągu dnia podejmujemy wiele decyzji prowadzących do zmian w naszym życiu. W większej części poddajemy się więc procesowi życia. I tylko w niektórych aspektach coś wstrzymujemy i zatracamy się w utrzymywaniu tego stanu. Po pewnym czasie nie pamiętamy nawet czego zmiana miała dotyczyć, bo zaczynamy zajmować się leczeniem skutków wstrzymywania. Leczenie (jak sama nazwa wskazuje) nie jest skuteczne, bo przyczyna nie została zlikwidowana. W ten oto sposób odkrywamy że jesteśmy w czarnej d.

Nie mogłem się oprzeć, więc użyję pewnej metafory. Wstrzymywanie zmian jest jak wstrzymywanie kupy. Po pierwsze jest niezdrowe i zatruwa organizm, a więc wpływa na inne obszary (aspekty) naszego życia, po drugie powoduje, że nie możemy zjeść tylu pysznych rzeczy, które znajdują się w naszym zasięgu, po trzecie zaś, przedłużanie tego stanu staje się chorobą i może poważnie utrudnić wypróżnianie w przyszłości.

Wniosek: wstrzymywać nie warto. Lepiej poddać się życiu i jego zmiennej naturze. Zmiana, to jedyna stała, jedyny pewnik.

Zmiany, zmiany, zmiany

„Kobiety nie można zmienić. Można zmienić kobietę, ale to niczego nie zmieni”. To znany cytat i okazuje się, że wyjątkowo prawdziwy w odniesieniu do ludzi w ogóle, a nie tylko do kobiet. Wydaje się nam czasem, że dokonujemy w sobie zmian. Jednak czy na pewno?
Przez większą część życia rozwijamy się. Czy w tym czasie się zmieniamy? Raczej nie, pozostajemy tą samą istotą. Dokładnie jak drzewo, które kiedyś było małym źdźbłem, potem cienką witką, a potem stało się potężnym drzewem. Jednak to wciąż to samo drzewo.
Poznajemy ludzi, wchodzimy w relacje, dokonujemy różnych działań, spotykamy różne okoliczności. Mówimy wtedy, że one nas zmieniły. Mamy wiele przemyśleń, wglądów, robimy postanowienia. Czasem wydaję się nam, że po pewnych doświadczeniach już nic nie będzie takie samo, zmieniamy siebie i nasz świat.
I nagle, któregoś dnia spotykamy kogoś z dawnych czasów, kto uświadamia nam, że zawsze tacy byliśmy. Że zawsze mieliśmy takie cechy i zawsze tak postępowaliśmy. Co w takim razie wydarzało się przez  te lata, jeśli na koniec okazuje się, że niczego nie zmieniliśmy? Jeśli będziemy ze sobą szczerzy i uważni, to zobaczymy też, że jesteśmy tacy jak nasi rodzice, a nasi partnerzy też ich przypominają.

Róża zawsze będzie różą, niezależnie od okoliczności. Możesz ją pomalować farbami, możesz obedrzeć z liści, możesz jej ubrać czapeczkę i posadzić na sankach, ale to zawsze będzie róża.

A jednak coś się wydarzyło. Dokonało się odkrycie tego, kim w istocie jesteśmy. Oto uświadomiliśmy sobie coś, o czym wszyscy nam mówili, ale nie chcieliśmy tego uznać. Świat nam pokazywał, ale zamykaliśmy na to oczy. Aż pewnego dnia, zmęczeni szarpaniem się z życiem uznajemy, że jesteśmy tacy jacy jesteśmy. I tylko wydaje się, że coś zmieniliśmy. Tak naprawdę odkryliśmy, że dotychczas nie byliśmy sobą. Że żyliśmy wbrew swojej naturze, dopasowując się  do otoczenia i panujących warunków. Oddawaliśmy części siebie, chowaliśmy do szaf, bo wydawało się to jedynym słusznym posunięciem w sytuacji zagrożenia. Teraz z trudem odkrywamy je na nowo i z jeszcze większym uznajemy za nasze.
I kiedy już przyjmiemy z powrotem tę ukrywaną część nas samych zaczyna nam pasować, czujemy się z nią coraz lepiej, uczymy się jej i stajemy się coraz bardziej pełni, coraz bardziej cali.

Człowiek jest jak książka

Człowiek jest jak książka. Czasem gruba, czasem malutka, czasem atlas. Każdy może ją czytać. Trzeba jednak znać wiele języków, żeby coś z niej zrozumieć. Język ciała, język emocji… Pisana jest zdaniami, a te składają się z wyrazów. Wyraz twarzy, wyraz oczu…

Sama książka jednak nie może siebie przeczytać.

Każdy, kto bierze ją w ręce czyta tyle ile jest w stanie zrozumieć. W ten sposób książka dowiaduje się o czym jest. Trzeba pamiętać, że książka jest całością. Zawiera wszystkie strony od pierwszej do ostaniej oraz kolorową okładkę. Jest i treść i forma. Czytelnikowi zaś często wydaje się, że książka jest tylko o tym o czym umiał przeczytać. Zapomniał, że nie zna wszystkich języków jakimi jest napisana.

Człowiek jest jak książka, zawiera i swój początek i koniec. Po prostu JEST. Jednak przeczytanie wymaga czasu. Poznanie odbywa się linijka po linijce, zdanie po zdaniu…